Bloog życiowego malkontenta

Ach, te laski...

 
Pamiętam, że w posiadanie swojej pierwszej laseczki wszedłem jako nastoletni chłopiec.
Zrobiłem ją sobie sam...
                                      
                                             laska-dzentelmena.jpg
Oczarowany stylem jaki prezentowali filmowi aktorzy, zapragnąłem mieć coś takiego tylko dla siebie i natychmiast (po zgruchotaniu świnki z oszczędnościami) wyruszyłem w miasto w poszukiwaniu sklepu z...
No właśnie – konia z rzędem temu, kto trzydzieści lat temu (z ogonkiem) potrafiłby wskazać mi sklep z prawdziwymi, stylowymi, eleganckimi laskami w środku!

 

Mimo tego, że gospodarka socjalistyczna rozkwitała wokół pełnią swej „proljetarskoj” krasy (właściwie to już wstępowała w okres przekwitania), niczego innego, prócz obleśnych lag „dżewnianych” lub równie szkaradnych podróbek góralskich ciupag w Cepelii – dostać nie było można...
Tak, to właśnie chyba wtedy doznałem swego pierwszego w życiu rozczarowania gospodarką scentralizowaną i zatęskniłem za (znaną jedynie z opowiadań dziadków oraz filmów w TV) rynkową gospodarką burżuazji. Moja polityczna inicjacja dokonała się, jak widać, poprzez laskę...
Ale nic to – skoro nie było – to trzeba było ruszyć głową samemu.
Jako trzon laseczki posłużył mi wówczas kawałek bambusa, a uchwyt
(w kształcie bardzo nieregularnego walca) odlałem z... ołowiu...
Kiedy spasowałem oba elementy, nałożyłem na całość warstwę wygrzebanego skądś bezbarwnego lakieru, co pośrednio powinno nadać całości „eleganckiego” wyglądu, a tak naprawdę – to zabezpieczyć miało dłonie przed zabrudzeniem pochodzącym z tworzących się na powierzchni metalu wodorotlenków czy węglanów...
Teraz już nie pamiętam...
Wtedy zaś wiedziałem tyle, że ołów brudzi łapska i trza się zabezpieczyć. Stąd i lakier.
W kwadrans po zakończeniu budowy, która również trwała jakiś kwadrans, wystrojony w sportową koszulkę z napisem: „Włodzimierz Lubański” i sandałki (było gorące lato), wyruszyłem na swój pierwszy uświadomiony spacer z laseczką, którą to co parenaście kroków dziarsko i z wdziękiem młodszego czeladnika kowalskiego - wywijałem.
Raczej nie przypominam sobie bym wzbudzał jakieś niezdrowe zainteresowanie wśród przechodniów.
W końcu przecież widok młodego chłopca wywijającego sobie kawałkiem patyka, nie stanowił sobą żadnej obrazy dla moralności społecznej...
Z resztą, w tym wieku i w tamtych latach – nie było jeszcze zbytnio czym wywijać. Ale o tym już wspominałem.
Tak oto (z grubsza) wygladały początki mojej przygody, mojego późniejszego hobby, lekkiej pasji, zainteresowania – co kto woli...
Nie zawsze było ono na pierwszym miejscu, niestety.
Wraz z wiekiem pojawiały się bowiem zainteresowania innej natury, które usuwały w cień wszystko to, co przed nimi się zdarzyło.
Wszystko to „inne” przemawiało do młodego człowieka w takim oto stylu:
  • No, co ty robisz najlepszego? Z laską, jak jakiś starzec i dziad kulawy będziesz łazić?
To nie mode, obciachowe, dekadenckie i debilne...
Na domiar wszystkiego (złego) ożeniłem się także...
A jak pewnie wiecie, żadna kobieta nie będzie tolerować obecności innej laski w swoim otoczeniu, obojętnie – żywa ona czy drewniana...
 
Ale wszystko ma swój koniec – złe także licho wziąć musi.
W końcu, bogatszy w wiedzę, którą tylko życie nauczyć może, wyzwolony z oków krępujących zarówno ciało jak i duszę mężczyzny – wybrałem swój styl i noszę się tak, jak mi się podoba – nie bacząc no to, co kto inny ma do powiedzenia.
Szczerze Wam ten „styl” polecam!
                                                                              

                                                    Laski w dłoń Panowie!

      537px-W.jpg