Bloog życiowego malkontenta

Człowieczeństwo

Spacerowałem po alei eukaliptusowej gdy wtem zza drzewa wylazła krowa. Przystanąłem i spojrzeliśmy sobie oko w oko. Jej krowiość zaskoczyła do tego stopnia mą ludzkość – ten moment, w którym spojrzenia nasze się spotkały, był tak napięty – że stropiłem się jako człowiek, to jest w moim, ludzkim, gatunku. Uczucie dziwne i bodaj po raz pierwszy przeze mnie doznane – ten wstyd człowieczy wobec zwierzęcia. Pozwoliłem żeby ona spojrzała na mnie i zobaczyła mnie – to nas zrównało – wskutek tego stałem się również zwierzęciem – ale dziwnym, powiedziałbym nawet, niedozwolonym. Poszedłem dalej podejmując przerwany spacer, ale poczułem się nieswojo… w naturze, która osaczała mnie zewsząd i jakby… oglądała mnie.”

 

                                                            Witold Gombrowicz – Dziennik

 

U mnie nastrój podobny, bliźniaczy niemal. Teraz, kiedy siedzę przy dostawionym do łóżka lapku i czuwam nad snem mego kumpla, kompana i przyjaciela… kota…

Dostało mu się od człowieka… Przedstawiciela rasy panów tej planety, najwyższego ogniwa w dziele boskiego stworzenia…  Potrącił autem i pojechał dalej… nie bacząc, nie dbając nawet oto czy i jaką krzywdę komu wyrządził.

Zamiast napisać tu to, co mam ochotę wypowiedzieć – wolę dalej posłużyć się słowami Mistrza.

 

„Katolicyzm zlekceważył wszelkie stworzenie, poza człowiekiem. Trudno wyobrazić sobie bardziej olimpijską obojętność na „ich” ból – „ich”, zwierząt czy roślin. Ból człowieczy ma dla katolika sens – podlega zbawieniu – wszak człowiek ma wolną wolę, więc to kara za grzechy […]

Ale koń? Robak? O nich zapomniano. To cierpienie jest pozbawione sprawiedliwości – nagi fakt ziejący absolutem rozpaczy. Pomijam dialektykę skomplikowaną świętych doktorów. Mówię o przeciętnym katoliku, który chodząc w blasku sprawiedliwości wydzielającej mu wszystko co mu się należy, jest głuchy na otchłań bezmierną tamtego bólu – nieusprawiedliwionego.

Niech cierpią! To go nic nie obchodzi…”